Aparat ruchomy nakładkowy na zęby – nie daj się zmanipulować łatwym obietnicom.

Byłam jedną z pierwszych osób w Polsce, które wprowadziły do swojej oferty alignery, wtedy znane pod nazwą Clear Aligner, czyli aparaty ruchome nakładkowe (przezroczyste nakładki) służące na tamten moment leczeniu prostych wad zgryzu. Kilka lat temu pogłębiając wiedzę ortodontyczną zrobiłam certyfikowany kurs systemu Invisalign. Równolegle cały czas poszerzałam swoją wiedzę ortodontyczną, co doprowadziło do tego, że im więcej wiedziałam i im większe doświadczenie zdobywałam, tym bardziej się z alignerów wycofywałam. Nie wszystko, co modne i mocno promowane, jest tak dobre, jak wygląda na pierwszy rzut oka. Zostawiam je, jako opcję dla pewnej grupy pacjentów.

Aparat ruchomy dla dorosłych – czy to ma sens?

W ciągu ostatnich dwóch lat, a w ostatnim roku szczególnie, bardzo silnie, sugestywnie i wręcz agresywnie reklamowany jest trend leczenia za pomocą przezroczystych, zdejmowalnych nakładek.

Już na wstępnie dla jasności! Chcę napisać, że nakładki stosowane przez lekarza, który odpowiada za leczenie i zleca zgodnie z planem leczenia firmie wyprodukowanie nakładek, które zaplanował i którymi leczenie potem kontroluje jest OK! Natomiast wykonywanie nakładek przez firmę, która nie ponosi odpowiedzialności za leczenie, a zleca jedynie w partnerskich gabinetach wypełnienie ankiety i zrobienie skanów, a następnie nie kontroluje takiego leczenia jest NIE OK i co gorsza nieetyczne, ponieważ niektórzy ludzie nie rozróżniają tych procesów.

Chciałabym więc, żeby pacjenci, którzy zdecydują się na takie leczenie mieli pełną świadomość jego minusów, ale też, żeby lekarze, zanim podejmą współpracę z firmami, które zajmują się aparatami nakładkowymi, dobrze się nad tym zastanowili, ocenili ryzyka i naprawdę bardzo dokładnie przeczytali umowę.

Ja, w sensie kliniki, nie osobiście, taką propozycję współpracy otrzymałam niedawno od firmy, której próba ekspansji jest ostatnio szczególnie mocno widoczna. Czuję, ze jako ortodonta mam obowiązek zabrać w tej sprawie głos.

Aparat ruchomy (nakładkowy) – co to takiego?

Nakładki prostujące zęby to aparaty ruchome, przezroczyste, bez zamków i drutów. Wykonane są z przezroczystego, giętkiego tworzywa. Można je wyjmować, ale tak naprawdę, aby uzyskać efekt, trzeba je nosić rygorystycznie niemal cały czas (22 godziny na dobę to minimum).

Na podstawie wycisków lub skanów uzębienia, po wykonaniu przez lekarza prowadzącego planu leczenia, firma wykonuje od razu odpowiednią ilość nakładek na cały proces leczenia. Pacjent/klient co dwa tygodnie wymienia aktualny zestaw (góra i dół) na nowy. Minusem aparatu nakładkowego jest to, że lekarz ortodonta w procesie leczenia nie ma możliwości prostego i szybkiego reagowania na żywo, w oparciu o realny progres leczenia, a nie teoretyczne założenia, czyli lekarz nie ma możliwości „aktywowania” nakładek, gdyby była taka potrzeba, tak jak się to robi w aparacie stałym. Natomiast są pewnie dodatkowe możliwości ruchu, w postaci specjalnie naklejanych attachmentów, czy stosowanie guzików do wyciągów.

Taki przezroczysty aparat dla dorosłych może być dobrym rozwiązaniem u osób, dla których priorytetem jest, żeby aparat był niewidoczny i żeby była możliwość zdjąć go w każdej chwili, i które mają odpowiednią, „nadającą się” wadę zgryzu.

Nakładki Invisalign
Nakładki Invisalign

Firmy jak ta, o której wspomniałam na początku, bardzo mocno promująca się ostatnio. W swoich reklamach głoszą, że oferują nakładki prostujące zęby, które w ciągu 6 miesięcy wyprostują zęby. Informują o robionych komputerowo skanach, symulacjach komputerowych, pokazujących jak będą wyglądały zęby po leczeniu. Dookoła tej metody zbudowany jest doskonały entourage. Procedura wydaje się być user friendly dla pacjent/klienta – wystarczy przyjść, zeskanować zęby, zaakceptować wysłany na meila plan i czekać, aż nakładki zostaną przysłane do domu. Następnie pozostaje tylko wymieniać je na nowy zestaw i cieszyć się pięknym uśmiechem, bez problemów i z rzadkimi wizytami w gabinecie. Czyli kreowany jest obraz „prosto, miło, przyjemnie, wygodnie, bez noszenia niewygodnych zamków i drutów, do tego szybko i tanio” oraz dla wszystkich – i niezamożnego studenta i bizneswoman, która nie chce pokazywać się na spotkaniach biznesowych z aparatem ortodontycznym na zębach. Tyle dowiaduje się klient i taki obraz ma kodowany w głowie (celowo nie używam słowa pacjent/klient, bo zazwyczaj dla firm oferujących nakładki prostujące zęby są klienci i sprzedaż, a nie pacjenci i leczenie wady zgryzu). Kto wykonuje plan leczenia (a powinien być to lekarz, który się zna na ortodoncji), czy przeprowadza całą potrzebną diagnostykę, a wiec badanie fizykalne oraz wywiad stomatologiczny, analizę zdjęć rtg i cbct, badanie stawu skroniowo-żuchwowego – tego pacjent/klient z imienia i nazwiska raczej się nie dowie. Podobnie jak tego, czy ktoś kontroluje proces leczenia, modyfikuje je w razie potrzeby i reaguje w razie działań niepożądanych. Mam wrażenie, że jest to ściśle strzeżona tajemnica. Zgadnijcie dlaczego? Odpowiedź jest pod koniec artykułu.

Prostowanie zębów, a leczenie ortodontyczne

Przeskoczmy jednak ten atrakcyjny PR i zagłębmy się w szczegóły – widziałam umowę, wiec wiem o czym piszę.

Istnieje zasadnicza różnica między prostowaniem zębów, a leczeniem ortodontycznym. W tym drugim przypadku proste zęby są miłym dodatkiem estetycznym, ale zgryz to nie tylko proste zęby, to ułożenie całego układu stomatognatycznego (wiem, że trochę skomplikowana nazwa), ale prostymi słowami – w obrębie jamy ustnej zęby muszą pasować do siebie i działać zgodnie z ustawieniem i pracą stawu skroniowo-żuchwowego. Inaczej są problemy.

Aby przystąpić do takiego leczenia, istotna jest dokładna diagnostyka (wywiad stomatologiczny, badanie fizykalne uzębienia, jamy ustnej i stawów skroniowo-żuchwowych, pantomogram, zdjęcie cefalometryczne, analiza cefalometryczna, skany lub wyciski uzębienia do modeli diagnostycznych, a czasem także cbct twarzoczaszki, lub/i stawów skroniowo-żuchwowych) Jak powstaje plan leczenia możecie przeczytać tu KLIK

Przemyślana diagnostyka i plan to jedna z najważniejszych zasad ortodoncji i w ogóle jakiegokolwiek profesjonalnego działania w biznesie czy życiu. Bez nich, jeśli zajmujemy się samym prostowaniem zębów to owszem możemy mieć proste zęby, ale wręcz płakać z tego powodu, bo nie będziemy w stanie w stanie funkcjonować z powodu bólu okolic stawu, mieć trudności z gryzieniem i żuciem, bólami dziąseł i zębów z powodu recesji dziąsłowych, mieć problemy ze snem. Wydaje się przerażające, ale taka jest rzeczywistość. Możemy cierpieć, podobnie jak nosząc śliczne, modne, ale niewygodne, za ciasne buty. Co z tego, że będą piękne?

Czy to się opłaca – z punktu widzenia pacjenta/klienta

Jeśli jesteś pacjentem/klientem i masz lekko zrotowane (skrzywione) jeden, dwa, ewentualnie trzy zęby, być może takie nakładki będą dla ciebie idealne, ale Ty nie jesteś w stanie o tym samodzielnie zdecydować nie będąc ortodontą, bo to zależy od określenia relacji zębowych i szkieletowych, które muszą być dokładnie zbadane. Uważnie przeczytajcie kolejne zdanie, które wielu osobom pewnie wyda się zaskakujące. Można mieć proste zęby i bardzo poważną wadę zgryzu, nawet wymagającą operacji!! (np. zgryz otwarty – kiedy zęby nie stykają się ze sobą).

Napisałam „być może”, bo skąd jako pacjent/klient masz to wiedzieć na pewno bez dokładnej diagnozy? Nawet dentysta po pierwszej konsultacji (bez diagnostyki) tego nie wie. W przypadku firmy, o której piszę, nie ma takiej dogłębnej diagnozy. I to z kilku powodów. Gdybym jako lekarz dentysta i ortodonta przystąpiła do współpracy z firmą, to moim zadaniem jest jedynie zeskanowanie zębów i zrobienie wywiadu medycznego, ogólna diagnostyka, ale bez interpretacji wyników i wniosków. Ale, o czym się nie mówi, firma wcale nie wymaga, żeby to ortodonta wykonał wspomniane powyżej czynności. Wystarczy, żeby był lekarzem dentystą. Po drugie nie oczekuje, żeby w jakikolwiek sposób interpretował wyniki wspomnianych powyżej czynności. Czy w takim razie ktoś to ocenia?

Takie leczenie bez diagnozy jest jak jazda samochodem, w którym wydobywa się przykry zapach z klimatyzacji. Jedziesz nim do serwisu i dostajesz drzewko zapachowe, zamiast usługi czyszczenia klimatyzacji.

Sama firma w dokumencie przeznaczonym dla pacjenta/klienta wprowadza duże zamieszanie, bo używa standardowej terminologii medycznej pisząc o indywidualnym planie leczenia, o zespole profesjonalistów, na który składają się dentyści, ortodonci i technicy (którzy ten indywidualny plan leczenia opracują, ale uwaga – to wcale nie chodzi o osoby, które w gabinecie zeskanują twoje zęby, tylko o jakieś osoby po stronie firmy – gabinet na miejscu, w Polsce, jest jedynie pośrednikiem), a jednocześni wyraźnie podkreślają, że to co proponują to nie jest leczenie ortodontyczne tylko prostowanie zębów. Czyli literalnie czytając dokument to jest plan leczenia do nieleczenia!

A tak naprawdę to nie-leczenie planuje program komputerowy z algorytmami, i ktoś to nadzoruje po stronie firmy. Kto się za tym kryje więcej nie wiadomo – ani pacjent/klient, ani gabinet wykonujący skan tego nie wie.

Warto, aby pacjenci mieli tego świadomość, bo bardzo łatwo dać się zwieść obietnicom przedstawionym w reklamach, a jeszcze atrakcyjniej na stronie internetowej firmy.

Czy to się opłaca – z punktu widzenia gabinetu

Firma, o której mowa, cały czas poszukuje nie tylko klientów zainteresowanych nakładkowym prostowaniem zębów, ale i gabinetów stomatologicznych – partnerów do współpracy.

Wygląda to na pozór prosto – umowa określa, że lekarz będący partnerem, gwarantuje dostępność gabinetu, firma przysyła pacjentów/klientów, a potem na podstawie skanu wykonuje i przysyła pacjentowi/klientowi nakładki.

Sytuacja się komplikuje, jeśli zadamy pytanie, na kim spoczywa odpowiedzialność za przebieg leczenia? Umowa jest w tej kwestii zawoalowana.

Firma mówi lekarzowi współpracującemu, że ma tylko przyjąć pacjenta/klienta, zebrać wywiad i wykonać skan zębów. Oczywiste jest więc, że to nie gabinet powinien ponosić odpowiedzialność za leczenie, bo nie diagnozuje go kompleksowo, nie ustala planu leczenia, jest jedynie pośrednikiem między nim, a firmą nakładkową.

Ciekawe więc, kogo firma ma na myśli pisząc w stylu „nasi profesjonaliści z dziedziny stomatologii, techniki dentystycznej i ortodoncji kontrolują postępy Twojego leczenia”?

Z drugiej jednak strony, oprócz umowy między gabinetem, a firmą jest też umowa tej firmy z klientem, a w niej informacja, że „lekarz stomatolog wyjaśnił ci wszystko”, sugerująca, że jednak pacjent/klient ma swojego lekarza prowadzącego, czyli, że jak coś pójdzie nie tak, to przyjdzie z reklamacją do lekarza wykonującego skany zębów. Jakiego lekarza, gdzie? To ma chyba zgadnąć pacjent/klient.

I tu dochodzimy do sedna.

Gdzie ma się zgłosić pacjent/klient z problemami, gdy coś zaczyna iść nie tak ( gdy zacznie boleć lub klikać w stawie), albo gdy proces „leczenia” nie będzie przebiegał zgodnie z planem i oczekiwaniami? I kto ponosi odpowiedzialność za przebieg i efekt leczenia? Na pewno pierwsze kroki skieruje do gabinetu, gdzie miał zrobiony skan, ale jeśli gabinet powie, że to nie jego odpowiedzialność, to co dalej, skoro de facto gabinet leczący jest tworem wirtualnym?

Widziałam już takie komentarze w internecie, gdzie osoby wypowiadały się z żalem, że nie mają się do kogo zwrócić, gdy „leczenie” idzie nie tak. Kto w takim razie odpowiada za prostowanie zębów? Nikt!!! Albo… może to brzmi zabawnie, ale chyba po prostu odpowiadają nakładki i program komputerowy! Takiej logiki najwygodniej się trzymać z punktu widzenia firmy. Że to wina nakładek i programu, a nie niewłaściwego procesu zorganizowania i wykonania usługi. Oczywiście pacjent zawiera umowę z firma, i to do niej ma się zwracać, jak coś jest nie tak, tylko firma działa wirtualnie, wszystko jest przez internet, telefon, kuriera. Trochę kłopotliwe to może być, tym bardziej jeśli siedziba firmy jest np. w Szczecinie, a problem na pacjent/klient z Rzeszowa. Dlatego pierwsze kroki na pewno skieruje do gabinetu, gdzie miał robiony skan. I może się zdziwić. Gabinet robiący skan się na pewno nie poczuwa do odpowiedzialności, i raczej nic dziwnego, bo jego rolą było tylko zeskanować zęby i w ogóle nie wtrącać się w resztę, nawet nie muszą się znać na prostowaniu zębów. Co więcej, w tym gabinecie raczej nie znajdzie zespołu lekarzy ortodontów i techników, którzy zaplanowali i nadzorują jego prostowanie zębów.

Jest jeszcze drugi aspekt całej sprawy- skoro firma obiecuje jedynie prostowanie zębów przednich, to w ogóle nie obiecuje skorygowania wady zgryzu. I tego typu reklamacje nie sądzę, że ktokolwiek by uznał.

I jeszcze trzeci aspekt- bardzo dużo się mówi, o tym, że zęby się wyprostują w około 6 miesięcy. Ale nie mówi się, po jakim czasie się z powrotem skrzywią, jeśli zaniedbamy noszenie nakładek retencyjnych, albo nie założymy stałego drutu retencyjnego. To zagadnienie jest pomijane, nie mówi się o tym już tak chętnie. Dlaczego? Bo to niewygodne.

Na koniec chciałabym jeszcze raz podkreślić – systemy nakładkowe nie są złe, jest ich obecnie sporo na rynku i pracują nimi doskonali lekarze dentyści i ortodonci, a pacjent/klient jest zaopiekowany w leczeniu. Mam na myśli takie systemy, kiedy to pacjent/klient zawiera umowę z gabinetem na leczenie i ma przedstawiany przez lekarza plan w mowie i na piśmie.

 

1 comment

  1. Nie będę zdradzał nazwy opisywanej firmy, ale prostowałem zęby ich nakładkami i wszystko się zgadza z opisem w artykule.

    Teraz noszę aparat stały, bo nakładki „doprostowały” tylko przód, a tylne zęby były zapadnięte i okazało się na wizycie u ortodonty, że zęby się ścierają. Niestety, ale jako „Kowalski” dałem się złapać na „niemiecki marketing”

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *